Prawdziwe historieZaburzenia odżywiania

Historia Marleny, która walczy z zaburzeniami odżywiania

„W pandemii przytyłam 18 kilogramów. Za jakiś czas pewnie je zrzucę. Moje ciało jest przyzwyczajone do takich zmian. A ja, mimo trwającego leczenia, nie potrafię go polubić. Dlatego nie mam w domu lustra” – opowiada Marlena, która od czasów szkolnych zmaga się z zaburzeniami odżywiania. Poznajcie jej historię.

– Od kiedy pamiętam nie lubiłam swojego ciała. Miałam zastrzeżenia do różnych jego części. A moja mama wspierała mnie w tym, choć nie wiem, czy wsparcie w tym kontekście jest odpowiednim słowem. I tak – jeśli ktoś o to pyta – mam do niej żal. Ja wiem, że nie działała celowo, że nie chciała dla mnie źle i tak dalej. Ale myślę sobie, że na pewno coś jest nie tak z dorosłym utwierdzającym dziecko w przekonaniu, że jego nogi, brzuch, plecy, łokcie, czoło czy cokolwiek nie są ok. Więc owszem, jestem tu gdzie jestem częściowo z winy mojej mamy. Chciałabym jej wybaczyć, ale nie potrafię. Dlatego, że nie potrafię zrozumieć, a jeszcze nie jestem ponad to.

Wspomnienia z dzieciństwa

Marlena, wracając do czasów szkolnych, pełna jest złości, o której mówi wprost. Podkreśla też, że wciąż nie potrafi zdjąć tej warstwy, żeby zająć się tym, co jest pod spodem. I żeby w szkolnych wspomnieniach nie dominowały kwestie związane z ciałem.

– Mówiąc o szkole mówię jednocześnie o czasach, które najchętniej wymazałabym z pamięci. Przywołuję w swojej pamięci raczej obrazy, niż procesy. Na przykład pani od wychowani fizycznego, która na forum mówi „dziewczyny, zakładajcie dłuższe spodenki. Nie każda z was ma tyłek modelki”. Większość się śmieje, ja kulę się w sobie. Albo moja wychowawczyni, która przed studniówką zaznacza, żeby włożyć długie sukienki bo „przecież nie chcecie, żeby na zdjęciach było widać wasze zbyt chude lub zbyt grube nogi. W końcu to pamiątka na lata”.

Wciąż to wszystko jest w niej żywe. Wciąż boleśnie dotyka, ale Marlena układa to powoli w głowie.

– I chyba dziś mogę świadomie powiedzieć, że nie byłam odporna na uwagi. A źródłem tego braku odporności były warunki, w jakich byłam wychowywana. Moją mamę pamiętam jako osobę na wiecznej diecie. Zawsze była lekko oversize, jak to się teraz mówi, ale taką miała budowę. Ja chyba genetyczne uwarunkowania mam takie, jak ona. W każdym razie jak nie dieta warzywna, to owocowa, to kapuściana, to ścisłe posty. Ja nie pamiętam sytuacji, w której moja mama normalnie je, albo jedząc np. urodzinową pizzę nie zgłasza pretensji o kalorie, czy nie narzeka na problematyczność tego jedzenia. Zawsze w przełożeniu na ciało. Pączki sprawiały, że rosną biodra, za dużo węglowodanów sprawiało, że biust nie mieścił się w stanik. No i oczywiście tłuste potrawy tworzyły jej „oponkę” na brzuchu. Swoją drogą nie wiem, skąd ona czerpała te rewelacje…

Marlena wspomina, że już wtedy czuła, że jedzenie było tylko elementem, który oddziaływał na ciało. To ono było problematyczne. Zawsze traktowane przedmiotowo. Zawsze nieidealne.

– Pamiętam emocje. Wieczne pretensje, niezadowolenie z samego siebie, przytakiwanie ułomnością. Naturalnie jako dziecko przejęłam tę narrację. Poprawiałam wygląd, ale zawsze było jakieś „ale”. Dość szybko zrozumiałam, że muszę dążyć do ideału, choć ten ideał nigdy nie był konkretnie określony. Dziś gdy o tym myślę, widzę i niezwykle doceniam działania taty. Jego pozytywne komunikaty, normalne odżywianie, optymizm. Ale był za słaby, nie potrafił się przebić przez warstwę stworzoną przez mamę. Ja już wtedy czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam, że mogłam, powinnam była coś z tym zrobić. Naśladowałam mamę – narzekałam, czasem się odchudzałam, ale będąc w szkole średniej głównie miałam w głowie bałagan.

Ciałopozytywność

Marlena mówi, że skupiła się na swoim ciele bardziej, gdy opuściła dom rodzinny i wyjechała na studia.

– Zaczęłam mieć przestrzeń na to, aby być na siebie bardziej uważna. Zaczęłam słuchać swojego ciała, obserwować je, odnotowywać zależności. Sama uczyłam się akceptować niedoskonałości i ubraniami lub makijażem tuszować to, czego zaakceptować nie potrafiłam. Teraz wiem, że ocierałam się o „ciałopozytywność”, o czym teraz jest głośno. Wtedy jednak to zjawisko było nienazwane. I niepopularne. Jednocześnie zrozumiałam, że pewne rzeczy można zmienić i to ja mam na to wpływ. I wtedy zaczęła się jazda. Nauczyłam się chudnąć w ekspresowym tempie. Jadłam wybiórczo, czasem ćwiczyłam, prowokowałam wymioty. Dziś wiem, że przeprowadzałam rewolucję, ale zaczęłam być dumna, że tak potrafię. To mnie ośmieliło. Uśmiechałam się, korzystałam z życia. Jadłam, piłam, imprezowałam ze znajomymi. A gdy tylko poczułam, że mi się „nazbierało” i znów mam za tłuste uda i drugi podbródek, od nowa serwowałam sobie szybki detoks i byłam chudziną.

Ciało nabrało elastyczności – to często powtarzane przez Marlenę słowa. Przyznaje, że bawiła się sylwetką, miała w szafie ubrania poukładane rozmiarami i nie zważała na konsekwencje zdrowotne.

– Przyszedł moment, w którym trafiłam do szpitala. Przypadkiem – zasłabłam w tramwaju. Zrobiono mi milion badań i okazało się, że taka zabawa ciałem nie wyszła mi na dobre. Anemia, niedobory, arytmia. Skierowano mnie do poradni zaburzeń odżywiania, ale nie wzbraniałam się. Czułam, że dostanę wiedzę podaną na tacy i będę mogła z niej skorzystać, żeby mądrzej „ogarnąć” regulowanie swoich stanów wyglądem. Bo że tak robię, rozpracowałam wcześniej sama.

Miłość i terapia

Marlena śmieje się, że mogłaby być księżniczką z bajek Disneya, której życie zmieniło się, gdy poznała swojego księcia z bajki.

– Mateusz pojawił się w moim życiu w iście bajkowy sposób. Padał deszcz, było ślisko, za późno zatrzymałam się na czerwonym świetle, przez co wjechał mi w tył auta. Stłuczka sprawiła, że kontaktowaliśmy się jeszcze kilka razy w sprawach ubezpieczeniowych… i nie tylko. Byłam wtedy szczupła, miałam dobry czas i jeszcze poznałam świetnego faceta. Zakochałam się po uszy i myślę, że to mnie uratowało. Mateusz szybko zauważył sformułowania i zachowania, które ewidentnie skopiowałam od mamy. To facet po terapii, klasyczny przypadek DDA, wyczulony na zaburzenia różnej maści. Jednocześnie mój najlepszy przyjaciel, który od początku delikatnie i czule korygował to, co robiłam ze sobą.

Z ogromną miłością Marlena opowiada o procesie dojrzewania do terapii.

– Jestem wdzięczna Mateuszowi, że był przy mnie i dalej trwa, choć czasem myślę o sobie, że ja nie mogłabym ze sobą być. Oczywiście, że często stawiam ciało ponad wszystko inne, prowokuję kłótnie, sprawdzam go, ale on jest na to odporny i się nie daje. Jemu zawdzięczam wiele z tego, co teraz mam. Godziny rozmów, walki o otwarcie się i szczerość pomogły mi się odrobinę wyzwolić i odważyć.

Marlena uczestniczy w terapii, ale podkreśla, że wciąż jest na początku drogi.

– Czuję się więźniem innych, nie jestem wolna. I nie potrafię zapanować nad emocjami. Jest we mnie złość na niedojrzałość mojej matki. Oczekiwałabym od dorosłych ludzi życiowej mądrości i doświadczenia. Sama mając już swoje lata widzę, jak bardzo moja mama ich nie miała. Jak była nieprzygotowana na dziecko, na życie, jak nie potrafiła akceptować kobiecości i nie miała usystematyzowanego systemu wartości. Póki co nie potrafię odbudować z nią relacji i pozostajemy jedynie w rzadkim kontakcie telefonicznym. Bo wiem, że nie poradzę sobie z większą ilością jej w moim życiu… Ale czuję tez wdzięczność i swego rodzaju dług wobec Mateusza. Trudno mi uwierzyć, że można tak bezwarunkowo, nie znając drugiej osoby… przychodzi mi do głowy słowo litość i nie mogę się go pozbyć. Kiedy mocniej sobie nie radzę – zajadam, wszystko olewam i wyglądam jak teraz… Od kilku tygodni znów intensywniej uczestniczę w terapii i pracuję nad sobą wracając do równowagi. Ale widzę jak bardzo kumulacja myśli i brak przestrzeni na ich porządkowanie negatywnie na mnie działają.

Marlena podkreśla, że jej celem jest pogodzenie się ze sobą i życie w równowadze.

– Chce nie tylko zapanować nad jedzeniem, krytykowaniem swojego ciała i ocenianiem swoich decyzji, ale przede wszystkim nad wyzwoleniem głowy. Nie potrafię wciąż poukładać tego, że czegoś nie muszę, że nikt nie oczekuje, że mogę nosić szorty kiedy chcę. Ale choć wciąż jestem zablokowana, wiem, w jakim kierunku zmierzam. A ta świadomość jest dla mnie niezwykle cenna. I myślę, że może kiedyś zdecyduję się mieć w domu duże lustro.

Leave a Response