Skip to main content

Nie trzeba być bogaczem, by być zakupoholikiem

„Wielu zakupoholików początkowo dowcipkuje i cytuje Marilyn Monroe: >>Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy<<. Jednak znając choć pobieżnie historię tej amerykańskiej gwiazdy filmowej, nawet oni widzą wyraźnie, jak bardzo się myliła“, pisze w swej książce Katarzyna Kucewicz, psycholog, autorka publikacji „Zakupoholizm. Jak samodzielnie uwolnić się od przymusu kupowania“. Łatwo powiedzieć, że Marilyn się myliła – w końcu większość z nas deklaruje, że szczęście to miłość, rodzina, spełnienie zawodowe… Jednak czy szczęścia nie przynoszą piękne meble do sypialni? Czy nie poprawiają humoru nowe buty? Czy nie czujemy się lepszymi ludźmi, gdy otaczamy się przedmiotami doskonałej jakości, a rezygnujemy z tanich i tandetnych? No właśnie…

O granicach między konsumpcyjnym stylem życia a zakupoholizmem, konsekwencjach patologicznego kupowania oraz o tym, czy można samemu wyleczyć się z nałogu rozmawiamy z Katarzyną Kucewicz.

Redakcja: Na początku książki „Zakupoholizm. Jak samodzielnie uwolnić się od przymusu kupowania” sugeruje pani, że kupowanie z nudów czy na pocieszenie jest symptomem uzależnienia. Czy rzeczywiście każdy zakup, na który decydujemy się tylko dlatego, że chcemy sobie poprawić humor powinien nas niepokoić? Chyba każdy z nas to czasem robi…

Katarzyna Kucewicz: To prawda. I nie ma w tym nic złego, o ile kupowanie nie jest jedyną metodą, którą stosujemy na pocieszenie. Sporadyczne poprawianie sobie humoru zakupami jest właściwie wpisane w naszą kulturę, w świat, w którym żyjemy. To naturalne, że otoczeni pięknymi przedmiotami czujemy się lepiej. Nieszkodliwe jest też to, że pięknych rzeczy pożądamy. Jednak jeśli to pożądanie będzie naszym jedynym sposobem odreagowywania przykrości i jedynym, co nas satysfakcjonuje oraz cieszy, może okazać się, że jesteśmy w szponach nałogu.

Takie podejście do życia częściej nazywane jest po prostu byciem materialistą.

Owszem, a dzieje się tak między innymi dlatego, że zakupoholizm jest wciąż bagatelizowany. Powstają filmy o uroczych zakupoholiczkach, które migają się od telefonów wierzycieli i żyją beztrosko. O zakupoholizmie myślimy jak o fanaberii bogatych kobiet z dużych miast. Tymczasem to głębokie zniewolenie i nałóg oparty na takich samych mechanizmach, jak alkoholizm czy narkomania. Nie twierdzę, że zakupoholizm może doprowadzić bezpośrednio do samobójstwa, ale jednocześnie nie znam osoby uzależnionej od kupowania, która nie miałaby zaburzeń depresyjnych. Każdy zakupoholik ma poważne emocjonalne powody, dla których traci więcej pieniędzy niż może.

Jakie na przykład?

Może w ten sposób uciekać od problemów, od samotności, złych myśli na swój temat. Powodów może być cała masa. Każdemu uzależnionemu od zakupów towarzyszy strach, irracjonalny lęk, że mu zabraknie, a ten brak będzie nie do zniesienia. Nie dlatego, że jest materialistą, lecz dlatego, że nabyte rzeczy są czymś więcej niż przedmiotami.

Do mojego gabinetu trafiła kiedyś zakupoholiczka, która spędzała mnóstwo czasu w internecie. Traciła fortunę na zakupy online. Miała potrzebę kupowania markowych ubrań, drogich dodatków i wszystkiego, co budowało jej wizerunek. W końcu wymyśliła, że zamiast naprawdę wydawać pieniądze na te wszystkie rzeczy, zacznie grać w Simsy. Jedną z opcji w tej grze było kupowanie za nieprawdziwe pieniądze rzeczy od projektantów dla swoich postaci w grze. I to jej do pewnego momentu wystarczało. To był plaster na ranę. W ten sposób nadal realizowała się w swoim nałogu, po prostu przeniosła go na bezgotówkową przestrzeń. W ten sam sposób mogłaby kupowanie zamienić np. na seks. Aprobata w oczach mężczyzn, pożądanie mogłoby równie skutecznie zaspokoić jej wygłodniałą samoocenę. Mechanizm nałogu byłby taki sam.

Czyli wydana na zakupy kwota nie ma znaczenia, tylko motywy? Czy zakupoholika można zdiagnozować na podstawie wyciągów z kart kredytowych?

Objawem osiowym zakupoholizmu jest wydawanie więcej niż się planowało, więcej niż można sobie pozwolić. Jednak długi to nie wszystko – człowiek uzależniony po zakupach, które sieją spustoszenie na koncie, ma wyrzuty sumienia.

Chyba każdy by je miał…

Tak, ale zakupoholikiem nie jest się po jednym tego typu incydencie. Zakupy, po których przeżywamy głębokie poczucie winy i które wrzucają nas do finansowego dołka, osobom uzależnionym zdarzają się regularnie. Człowiek bez nałogu uczy się na błędach, nawet jeśli kilka razy zdarza mu się popełnić ten sam. Motywy do kupowania u zakupoholika są silniejsze niż zdrowy rozsądek.Na tym polegają uzależnienia – tracimy kontrolę nad tym, co robimy, odwracamy się od postanowień, rezygnujemy ze swoich planów, łamiemy własne zasady. Rządzi nami głód. To on podpowiada: „szybko, zrób coś” i nawet ma argumenty: „przecież dostałaś podwyżkę” albo „każdy ma swoje potrzeby”.

Czasem bywa, że to rozsądne argumenty.

Tak, dlatego nie zachęcam do diagnozowania zakupoholizmu na podstawie tego typu stwierdzeń wyrwanych z kontekstu. Testy diagnostyczne, które znajdują się w mojej książce, mają na celu uświadomienie problemu. Sprecyzowanie jego natury. A cała jej treść może być wskazówką, co robić, jeśli widzimy u siebie objawy zakupoholizmu.

Po rozwiązaniu testu, o którym pani wspomniała, wnioskuję, że choć można doświadczać zakupów, po których ma się wyrzuty sumienia, czy też racjonalizować nierozsądne wydawanie pieniędzy, to do zakupoholizmu jeszcze długa droga. Mimo to na początku książki pisze pani, że kupowanie kompulsywne i zakupoholizm to synonimy.

Kupowanie kompulsywne nie zawsze wiąże się z zakupoholizmem, ale regularne zakupy pod wpływem impulsu już tak. Zazwyczaj towarzyszy temu ten sam schemat, np. idziemy na zakupy zagłuszyć strach. Kiedyś trafiła do mojego gabinetu dziewczyna, której lekarz zalecił dość kosztowne badania. Ponieważ bardzo bała się diagnozy, unikała jej jak mogła. Oczywiście podświadomie. Strach, który przeżywała potrafiła zagłuszyć tylko zakupami, a potem miała niezłą wymówkę, że wciąż nie ma pieniędzy na badania… I tak w kółko. Można powiedzieć, że to głupota, nie nałóg. Ale z zakupoholizmem tak właśnie jest – jest bagatelizowany, dopóki nie stanie się coś złego. Żeby problem tej dziewczyny nie budził kpin wśród najbliższych jej osób, musiała doprowadzić swoje zdrowie do ruiny. Wtedy trafiła do mnie.

Czy są jakieś formy zakupów lub miejsca, które prowokują do zakupów impulsywnych?

Niestety, nie ma uniwersalnych wskazówek. Każdego pociąga coś innego. Jeden zatraca się na zakupach w second handzie, inny poddaje się atmosferze centrów handlowych, gdzie wszystko jest pięknie oświetlone i luksusowe. Co ciekawe, są też zakupoholicy, którzy nie lubią robić zakupów, dlatego wydają fortunę w sieci. Zakupy online są błyskawiczne, znacznie prostsze. Mniej jest okazji, by się w porę pohamować.

W testach diagnostycznych zawartych w pani książce znajdują się pytania o to, jak do zakupów podchodzili nasi opiekunowie, np. czy zakupy bywały rozrywką. Jak brzmi odpowiedź na to pytanie, by uznać, że ryzyko uzależnienia od zakupów w naszym przypadku jest wyższe?

Na uzależnienie od zakupów jesteśmy narażeni bardziej, jeśli dorastaliśmy w przekonaniu, że zakupy są fajne i ważne. Jeśli zakupy były wspólną rozrywką, jeśli nabyte produkty czy sklepy, w których kupowali nasi rodzice były dla nich powodem do dumy, wówczas i my w dorosłym życiu będziemy w ten sam sposób traktować kupowanie. Jednak w tego typu próbach autodiagnozy nie można dać się zwariować – jeśli pamiętamy, że nasza mama skakała z radości, bo mogła kupić sobie dżinsy w Pewexie, powinniśmy pamiętać o kontekście. W poprzedniej epoce zakupy w tym sklepie były powiewem luksusu, którego w Polsce skrajnie brakowało. Jej radość, że stać ją na coś z tego sklepu była raczej nieporównywalna do radości z zakupów dziś. Mamy nadmiar towarów markowych wokół siebie, do salonów luksusowych marek można wejść z ulicy. W PRL-u zaś Pewex był jak drobinki brokatu na betonowej brudnej ścianie.

Nie znaczy to oczywiście, że kupowanie w Pewexie jest rozgrzeszone. Jeśli nasi rodzice „odkupowali” sobie tam wszystkie swoje bolączki i nie mogli się powstrzymać przed wydaniem połowy wypłaty na markowe, zagraniczne produkty, mamy powody, by sądzić, że zakupy był ich jedyną formą emocjonalnego „odkuwania się”.

A czy status majątkowy naszej rodziny ma wpływ na to, czy my, jako dorośli ludzie, jesteśmy bardziej narażeni na uzależnienie od kupowania?

Nie. Przekonanie, że zakupoholizm to problem ludzi bogatych jest nieprawdziwe. Nieważne, czy wydajemy 200 zł czy 20 tysięcy. Podobnie, jak nieważne jest, ile wydawali na zakupy nasi rodzice. Jeśli w dzieciństwie doświadczaliśmy nędzy, upokorzeń, że naszych rodziców nie stać na to, co miała reszta kolegów z klasy, może pojawić się potrzeba zrekompensowania sobie tych ciężkich czasów. Zasypania prezentami tych luk, które kiedyś były powodem naszego cierpienia.

Co zatem wpajać naszym pociechom?

To, że zdrowe podejście do zakupów to takie, które nie jest elementem naszego systemu wartości. Nie mówmy dziecku „ale masz super tę koszulkę/zabawkę”. W ten sposób uczymy je, że jest super, bo coś ma. Nie chwalmy dziecka za posiadanie fajnych rzeczy. Nie jestem wielbicielką minimalizmu, nie uważam, że powinniśmy żyć w ascezie, nie stoję na stanowisku, że należy wszystkiego odmawiać zarówno sobie, jak i dziecku. Nie ma nic złego w tym, że lubimy modę, lubimy dobrze wyglądać, że chcemy pokazywać swój styl – to jest w porządku. Podobnie, jak nie ma nic nienormalnego w tym, że dziecko zachwyca się kolorowymi zabawkami i robi na nim wrażenie ich ilość. Chodzi o to, by kupowaniem tego, co pożądamy nie budować swojego poczucia własnej wartości.

Rozmawiała Ewa Bukowiecka-Janik

Katarzyna Kucewicz – psycholog, psychoterapeutka, właścicielka Ośrodka Psychoterapii i Coachingu Inner Garden. Autorka licznych artykułów oraz publikacji, m.in. na temat zakupoholizmu.